W opinii wielu osób sequele są gorsze od pierwszych tytułów. Ciężko to jednak omawiać z aktorami, którzy grali jedynie w kontynuacji pierwotnego wątku a tak byłoby ze mną, gdybym pisał o filmie. Na szczęście BlueSoft to nie Studio, my nie jesteśmy aktorami a Fryderyk Chopin nie jest w tej opowieści planem filmowym, choć kilka filmów już wcześniej na nim powstało.

Druga odsłona przygód załogi złożonej głównie z pracowników BlueSoft na Karaibach, to piękne dwa tygodnie lutego 2016. I jeżeli mówię piękne, to myślę raczej o pogodzie w tamtym rejonie Świata. Pomiędzy siódmym a dwudziestym pierwszym dniem miesiąca, który nasi praprzodkowie zwali sieczniem, jedynym, czego można być pewnym w Polsce to brak słońca. Jak można się spodziewać wyspy Karaibskie przywitały nas dużo bardziej gościnną pogodą. To ona, oprócz bujnej, nasyconej głęboką zielenią roślinności, cudownych widoków oraz chęci sprawdzenia się jako marynarz była dla wielu z nas motywatorem tej cudownej podróży.

22 stopnie Celsjusza o siódmej rano pierwszego dnia. Delikatne oparzenia słoneczne jeszcze przed dziesiątą tylko dlatego, że filtr w kremie był mniejszy niż 50+. To wszytko może wam dać przedsmak pogody, która miała nam towarzyszyć w trakcie całego rejsu.

Nasza przygoda na Antylach w 2016 miała rozpocząć się od francuskiej do szpiku kości Martyniki. Drogę z Warszawy odbyliśmy w podgrupach. Część z załogantów spędziła na wybranych wyspach nawet tydzień przed dniem zaokrętowania. Mieli szansę oderwać się już od pracy. Przeszli już pewnego rodzaju aklimatyzację. Przyzwyczaili się do pięciogodzinnej zmiany czasu. Nie przywitał ich jednak taki widok.

Dla kilkorga z nas, w tym mnie, był to jeden z pierwszych widoków za dnia w trakcie tej podróży. Muszę wam powiedzieć, że robił jeszcze większe wrażenie na żywo. STS Fryderyk Chopin zacumowany w zatoce Anse Mitan. Już niedługo mieliśmy stanąć na jego pokładzie i oddalić się na południe.

Dzięki uprzejmości Kapitana Tomasza Ostrowskiego oraz braku Bosmana, który zagubił się gdzieś pomiędzy lotniskami De Gaulle’a a Orly, mieliśmy okazję spędzić cały ostatni dzień na lądzie pośród wielobarwnych tłumów, które przejęły tego dnia ulice Fort De France – stolicy Martyniki. Karnawał, może nie na miarę tego w Rio, wyzwalał w nas pozytywne emocje oraz wprowadzał w dobre samopoczucie kołysząc rytmem Salsy.

Poniedziałek już tylko na statku. Pobudka, bandera, śniadanie. Wprawka i zapowiedź codziennej rutyny, często negowanej, jednak dla mnie pięknej i pokazującej przywiązanie do historii i dobrych obyczajów na morzu. Szkolenia. W kilku prostych blokach tematycznych od najprostszych z cyklu to jest statek, tam ma dziób a tam rufę. Poprzez bezpieczeństwo i alarmy. Do znalezienia nagla fału grotbramsztaksla.
Reszta w podgrupach odpowiadających wachtom.
Wypłynęliśmy wieczorem biorąc kurs na Saint Vincent.

Pierwsza noc na morzu karaibskim. Delikatne bujanie i podmuchy za wyspami przetykane dłuższą i bardziej nieprzyjemną falą z oceanu. Choć oczywiście dla starych wiarusów nie było to nic nadzwyczajnego, część z nowej załogi nie znosiła najlepiej podróży. Na szczęście przejściowe problemy z błędnikiem szybko ustąpiły bezbłędnym widokom, które czekały na nas na pierwszej odwiedzonej wysepce. Dlaczego tak ją nazywam? Bo to naprawdę mały skrawek wulkanicznej gleby, który został obdarzony przepiękną i bujną roślinnością oraz cudnym błękitem morza. Wyspa zachwyca jednak nie tylko przyrodą, w szczególności, jeżeli zatokę Wallilabou witasz z pokładu Fryderyka Chopina. Zanim jeszcze przebrzmiały ostatnie dźwięki wielkiego silnika Scanii napędzającego nasz statek, z głośników gdzieś na brzegu zaczęły wydobywać się pierwsze akordy, które po kilku chwilach zamieniły się w rytmiczne brzmienie.

Gdybym był tam sam, chyba ciężko byłoby mi uwierzyć, że słyszę Wehikuł Czasu Dżemu. Kilka tysięcy kilometrów od miejsca, w którym Rydel kiedykolwiek był. Niesamowite wrażenia i tak miłe powitanie naszej łodzi było zasługą właściciela jednego z barów na plaży, którego nasi zwą Antkiem…i choć trudno w to uwierzyć on sam to potwierdza. Decyzja zapadła, zanim jeszcze pytanie zostało zadane – wieczór na pewno spędzimy w tym barze. Postanowiliśmy jednak najpierw zobaczyć coś poza wybrzeżem.

W tej części wyspy nie ma tego dużo, a jeżeli już jest, to zdecydowanie nawiązuje do szlagieru tego obszaru – Piratów z Karaibów. Dłuższy spacer w głąb lądu, pozwala nam obejrzeć uprawy Papai, pikantnych papryczek i wszelkiego rodzaju zielska, które obficie porasta wyspę. Szkoła też musi być w okolicy a świadczą o tym uczniowie, którzy chętnie pozują do fotografii.

Dopiero na dalszym etapie podróży okazało się to regułą, jednak w środę myślałem, że jestem prawdziwym szczęściarzem. Praktycznie nie bolała mnie głowa, chociaż zdecydowanie powinna, biorąc pod uwagę wszystkie specjały, których spróbowaliśmy wspólnie u Antoniego. Nowy dzień, dalsza podróż. Nie bez sentymentu, ale z przekonaniem o tym, że dalsza część wycieczki będzie tylko lepsza, opuściliśmy wyspę Świętego Wincentego i udaliśmy się na północ. Naszym celem była Saint Lucia.

Załoga chętnie zabrała się za stawianie żagli i brasowanie. Dużej części, w tym mnie, sprawiało to niesamowitą przyjemność, jednak wędrówki po rejach, szczególnie tych powyżej górnego marsla, nadal dostarczały emocji.

Saint Lucia wita nas pierwszym małym deszczem na Karaibach. Choć uczestnicy pierwszego wypadu ostrzegali wszystkich przed częstymi i krótkimi opadami, ta pierwsza słodka woda była dla nas małym zaskoczeniem ponieważ spadała z praktycznie czystego, bezchmurnego nieba. Jak można się spodziewać szybko przyszło, szybko poszło a cała dwutygodniowa podróż była, zgodnie ze słowami naszego mechanika Krzyśka, jednym a najsuchszych rejsów po Karaibach. Na kolejny deszcz będziemy musieli poczekać aż do Saint Maarten. Tam będzie jednak zdecydowanie bardziej przeszkadzał.

Saint Lucia to dla mnie wyprawa na Pigeon Island, pierwsze piękne widoki z poziomu zdecydowanie ponad morzem oraz jazda konna po plaży, która przerodziła się w jedyną, na szczęście, kłótnię z tambylczą ludnością. Żeby nie podnosić ciśnienia sobie oraz pozostałym uczestnikom czytającym te słowa, powiem tylko – uważajcie na tej wyspie, ponieważ ceny podawane w dolarach wschodniokaraibskich (tzw. EC) bardzo często już po otrzymaniu towaru lub usługi, stają się cenami w dolarach amerykańskich…a jak się można łatwo domyślić, jest to bardzo, ale to bardzo na waszą niekorzyść.

Część z załogi, która zwiedziła wyspę praktycznie w całości stacjonując tam na tydzień przed rejsem, potwierdziła moje przypuszczenia, że jest to cecha najbardziej turystycznej zatoki, do której właśnie przybiliśmy. Mieliśmy okazję potwierdzić tą teorię przy okazji wieczornej wizyty w barze Fridays. Nie tylko piliśmy tam najlepsze rum panch’e na Świecie płacąc zgodnie z kartą w EC ale również spędziliśmy cudowny czas dyskutując z właścicielem, projektantem łodzi oraz consultantem IT – a czemu nie – swój swojego zwącha…

Kolejna wyspa, kolejne wyzwania. Pierwsze i jedyne cumowanie do kei. Tankowanie słodkiej wody. Życie marynarza w pełni. Nawet zwiedzanie z wody, choć słodkiej. Dominika.

Część załogi wybrała się na plantację bananowców, większość jednak zdecydowała się na wyprawę w górę Indian River. Najlepiej chyba może to zobrazować odwołanie do sceny z ‘Piratów’, w której załoga Czarnej Perły udaje się do wiedźmy Calypso aby przekazać jej informację o śmierci Jacka. Ciemno, mgła unosząca się tuż nad wodą i sprawiająca, że odruchowo zaczynasz płytko oddychać. To wszystko widzieliśmy…w filmie. W rzeczywistości to jeden z najbardziej urokliwych zakątków, jakie dane nam było odwiedzić. A oprócz roślinności i niesamowitej ilości krabów żyjących na brzegu rzeki, powalić nas chciał Dynamit. Na szczęście nic nie wybuchało. Chodzi o jedyny czarny rum panch zawierający tajemniczy składnik, o którym barman powiadamia nas praktycznie zaraz po nalaniu… nalewka na marihuaninie. Podobno działa jak sok z gumijagód. Tylko na odwrót. Zamiast podskakiwać raczej opadasz i przywiązujesz się do miejsca, w którym siedzisz. Podobno nikt nie wypił trzeciego, ale nie było nam dane się o tym przekonać i powody mogą być dwa. Albo właściciel jedynego lokalu nad Indian River nie był przygotowany na ponad 20 Polaków przy barze, albo bał się zburzenia lokalnego mitu. Tak czy inaczej po 20 minutach bar został zdobyty a właściciel proponował wszystkim pina coladę. Dobre humory popsuł nam dopiero wiatr, który zmusił nas do zmiany planów i przedwczesnego wyruszenia w dalszą drogę.

Z mocnym postanowieniem powrotu jeszcze w trakcie tego rejsu, wyruszamy na Saint Maarten.

Ląd nazwany na cześć Świętego Marcina zaskakuje. Tak jak historia tej wyspy, jest pełen sprzeczności i różnic, o których prawdopodobnie można napisać dobrą książkę a nie kilka zdań streszczenia.

Według mnie najciekawsza cywilizacyjnie wyspa, którą mieliśmy szansę oglądać. Przegrywająca bujnością roślinności praktycznie z każdą z mniejszych wysp, ustępująca budownictwem i przepychem wyspie Św. Bartłomieja, którą odwiedziliśmy kolejnego dnia. Zatłoczona chyba kilkadziesiąt razy bardziej niż Nevis ze względu na dużą ilość statków pasażerskich dobijających do niej każdego dnia. Wbija się jednak w pamięć i utrwala właśnie poprzez swoją różnorodność poskładaną z zależności od dwóch europejskich państw w tym samym czasie, trzech oficjalnych języków oraz dwóch walut, które tam są przeliczane 1: 1, niezależnie od kursów w pozostałej części świata.

Dodatkową emocję stanowi tu na pewno lotnisko, które dzięki środkom masowego przekazu jest jednym z najsłynniejszych na Świecie. Jedno z niewielu miejsc, w których na twarzy, dosłownie, można poczuć odrzut z silników największych latających maszyn.

Odwiedziliśmy w dwa tygodnie osiem wysp. Przepłynęliśmy około 800 mil morskich. Zwiedziliśmy małe wysepki, na których ludzie skupiają się głównie na uprawie roślin. Widzieliśmy efekty niedawnych erupcji wulkanicznych na Montserrat i zobaczyliśmy jak nieliczna ludność tej fantastycznej wyspy stara się walczyć o normalne życie – przy okazji, dzięki naszemu przewodnikowi mogę potwierdzić, że wyspa jest bezpieczna i warto na nią zajrzeć w trakcie rejsów po morzu Karaibskim. Widzieliśmy wyspy kolorowe etnicznie oraz zasiedlone praktycznie tylko przez białych mieszkańców.

Choć niektórzy mówią, że prawdziwe Karaiby to grill na plaży z lokalnymi mieszkańcami oraz nicnierobienie przez kilka dni, to według mnie głównym atutem tych urokliwych wysepek zagubionych gdzieś pomiędzy wielkimi wodami Oceanu Atlantyckiego i Morzem Karaibskim, jest ich różnorodność, która pozwala każdemu z nas odkryć je dla siebie.

Ilu ludzi, tyle zdań na temat najpiękniejszych zakątków, najlepszych plaż czy najmilszych ludzi. Oprócz emocji związanych z żeglowaniem to właśnie to zapadnie mi na długo w pamięć i będzie stanowić piękno tych dwóch tygodni pośrodku niczego.

Z dużymi podziękowaniami dla Piotra, 3Oceans oraz załogi Fryderyka Chopina!

Treść przygotował: Łukasz Bober.
Fotografie wykonali: Krzysztof Samodulski, Maciej Płachta, Piotr Ziętek i Łukasz Bober